
ostatnio jestem epicki..
-Czegokolwiek bym nie chciał, będzie i tak we mnie. Non! Rien de rien. Non! Je ne regrette rien.
Ni le bien qu'on m'a fait, ni le mal tout ça m'est bien égal! Śpiewa dalej sama dusza ustami polerowanej pudernicy. Budzą się wspomnienia. Tam gdzie kiedyś pływano po morzu westchnień, teraz spotykają się ludzie, którzy, jak słyszałam, tworzą nowe stowarzyszenia mające na celu destrukcje wszelkich ideałów i zagrażają fantazji! Ja się tam nie mieszam, bo właśnie szukam autora, który znałby Przyszłość na pamięć tak jak ty. Żegnaj, lepiej, że nigdy nie byliśmy tak na prawdę razem. Te nasze półroczne przerwy wzmocniły bezsens.
-Żegnaj więc, życzę ci miłości.- wzdycha na to jeszcze Marcin. Całe życie otaczać się pięknymi ludźmi, jak meblami. Zacząć wierzyć we wróżki. Niejedna chciała być sławna, ale przecież nikt już nie wierzy we wróżki. Kawa się wysączyła z filiżanek. On zamówił następną, co do niej to campari z pomarańczą. Opowiedzmy jeszcze raz o chłopaku, który żył na plaży. Spędzał tam cały czas. Potrafił dużo. Fale go raczej mijały. Słońce piekło inaczej. A najzabawniej odpowiadał na skrzek mew. Lecz wtedy nastało lato miłości. Występowaliśmy w nim, kiedy jeszcze nie wszystko było jasne. Co prawda już lepsze, ale póki co, nie naj. Wyjaśniły się sprawy związane ze spełnianiem marzeń. Szczęście pokazało drugie lico. Te mary nasze były tak obok, gotowe i przyprawione do jedzenia. Ale to była tylko fantazja. I przyszło spędzać noc z powiek z ludźmi mającymi miłość w oczach, którzy śpią noga w nogę, ręka w rękę, łza w łzę. Tacy sami w snach i marzeniach. Palec muskający policzek, lekkie nieporozumienie, bo to własny palec. Znowu samotność bierze górę w ciastkowo-różowym mniemaniu, który przestał być w ogóle zabawny. Znowu oczy, nos, ręce, usta. Ustawicznie głaszczą włosy na bakier. Brakuje chwil przejrzystych w łyżce syropu malinowego.
Marcin patrzy na dźwięk huśtawki na wietrze, albo skrobania dna emaliowanego garnka z przypalonym makaronem. Nadjeżdża kolejne metro. Do tego też nie wsiądzie. Nie chce widzieć Svena. Wychodzi ze stacji chwiejnym krokiem. Łapie go ktoś pod rękę i mówi:
-Dziś nie było tych samych ulic, mimo że wyglądały podobnie. Pani na wykastrowanym ogierze powstrzymywała się od galopu w fantazję. Ktoś zwodził ludzi mostem zwodzonym. Zawiodłeś sam siebie.
|