
Poznałem niedawno człowieka, który miał to niebywałe szczęście, wyjść z domu i już nie wrócić.
Wiadomości pokazywały kiedyś jego zdjęcia. I był taki program ktokolwiek widział. Nie uważając się za kogokolwiek nie zadzwoniłem na numer podany na dole ekranu, ani nie podzieliłem się informacją z rodziną, przyjaciółmi, czy policją. Człowiek, który wyszedł z domu i zaginął. Ile jest takich przypadków. Każdy na pewno słyszał jeden, czy drugi mit miejski o zaginięciach, tajemniczych porwaniach i, Bogu winnych, kosmitach. Wsadźmy je na półki koło tej dziewczyny, która miała wysypkę po kontakcie ze zmarłymi, chociaż obcowała tylko z jakimś chłopakiem, który później okazał się nekrofilem. Ulokujmy „wyszedł i zaginął”obok „czarnej wołgi” i „zmutowanych szczurów kanalizacji”.
Człowiek, który wyszedł i nie wrócił to inna historia. Zostawmy w tyle płaczącą matkę i ojca. Odrzućmy brata, który go nigdy nie lubił ale teraz odczuwa tę stratę. Na koniec odwalmy się wreszcie od najlepszej przyjaciółki, która go widziała po raz ostatni, kiedy wychodził. Proponował jej spacer, lecz bolała ją głowa. O głowo! Czy twoje bóle muszę nas skazywać na tak częste mówienie „nie”?
-Idę kupić fajki, chcesz się przejść?- zapytał podobno.
-Nie, boli mnie głowa.- odparła równie prawdopodobnie.
Jednak to także wetknąć można między bajki.
Człowiek, który wyszedł i nie wrócił, pewnego wieczora wychodzi. Na spacer. Księżyc schował się za chmurami, albo jest w nowiu, ulice są puste, a może bardziej pełne pomysłów. Na łeb na szyje pada podejście do życia. Człowiek ów lokuje pieniądze w jednym z licznych automatów z papierosami, czary mary, wyskakuje paczka. Niezgłębiona tajemna siła technologii przyczynia się do nałogu. Zapala. Cisza naokoło jest jakby nieznośna i pociągająca. Jak to noc. Pachnie ciemnością i przelewa się zgrzytem zębów. Idzie wzdłuż drogi, którą chodzi tak często. Codzienna trasa, jak co dzień, nil novi, sine superflua. Podąża w myślach, tą samą trasą. Raz skręca w lewo, to w prawo, potem znowu w lewo, jest ciągle w tym samym punkcie. Bezczynność jego spaceru zmusza go do jakiś nowych osiągnięć. Idzie gdzie indziej. Zstępuje na łuk brwiowy i dalej nosem aż do ust. Odstępuje od idei i zbacza z drogi rzeczywistości.
Nie wiedząc dokładnie jak, dochodzi do świata mniej realnego, mniej wyzutego i mniej światowego.
-Witaj.- mówię ja, bo wypada, lecz on, na złość, mi nie odpowiada.
Nie odpowiada mi jego wygląd człowieczy, aż do szpiku kości. Naturalny jest i piękny, a tu trafia tylko przypadek i niekonieczność. Rozgląda się po szufladach tego świata. Postanawia tu zamieszkać i nie wracać. Rozgaszcza się i panoszy. A to przecież moje połaci są myśli! Moje miały być bezkresne pola fantazji.
Siada na skwerku snu i coś mówi pod nosem. Gada tak lat może z dwieście, lecz znudzony nareszcie wstaje i zamyka okna na rzeczywistość, bo, jak twierdzi, jest zimno. Pozostaje w swoim zwykłym stanie cudownym i zjada banana.
Człowiek, który wyszedł i nie wrócił. Pisali o nim w Fakcie i w Dzienniku, potem jeszcze we Wprost i Newsweeku. Ktoś wspomniał o nim nawet w The Timesie, a zagościć tam jako informacja, to już duże wyróżnienie. Ale mówili, że nie wiadomo co z nim się stało- a to nie do końca prawda. Pisali, że pewnie nie żyje- a to już kłamstwo. A on po prostu stał się niedorzeczny i nie wchodził więcej do rzek. Czas się mu przesiąkł przez palce i z powodu braku czasu, już nawet ja go nie widywałem. Człowiek, który wyszedł i nie wrócił, zamieszkał w marzeniach i niczym go stamtąd nie wypędziłem. Rozprawię się z nim, kiedy nadejdzie remanent.
|